Zapiski z Himalajów czyli gdzie bije serce Indii?

Dźwięk budzika zabrzmiał jeszcze okrutniej niż zazwyczaj. Umysł zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, że najwyższa już pora wstać i zacząć dzień, ale na wpół odrętwiałe ciało opierało się tej myśli biernie reagując na kolejną irytującą melodyjkę budzika.

5:00. Za oknem ciemno choć oko wykol, w tle majaczy tylko nieśmiały promień słoneczny nowego dnia, a niestrudzony prąd rwącej rzeki Ganges działa kojąco na umysł jak hinduska mantra. Ciężko jest zostawić za sobą Riszikesz – święte miasto słynące ze swego mistycyzmu i jogi. Ten kojący klimat otula umysł i daje mu chwilę wytchnienia.  Na wpół nadzy brodaci święci mężowie, święte krowy przecinające ulice, masa bosych pielgrzymów, turystów, ciekawskich wypływająca z mnogich świątyń czy zajęć jogi, medytacji. Podejmuję szybką decyzję o powrocie do tego miasta jak tylko wrócę. A teraz wzywa P R Z Y G O D A. I jak to najczęściej bywa, jedna z tych, które najmniej udało mi się zaplanować ze względu na wiele niewiadomych. Wyprawa w Himalaje.

Przywdziani w wypakowane po brzegi plecaki górskie zostawiamy za sobą niewyraźnie majaczący w oddali hostel. Wschód słońca jeszcze nie nadszedł, więc ulice są nadal puste i ciemne. Wspinamy się pod górę, żeby dotrzeć do głównej ulicy, gdzie istnieje największe prawdopodobieństwo złapania tuk tuka na Dworzec Autobusowy. Łapie nas obawa, że może o tej porze miasto jeszcze śpi i nie uda nam się znaleźć żadnego kierowcy. Nie musimy długo czekać, czujemy na sobie mocny reflektor zbliżającego się pojazdu. Kierowca wciska pedał gazu i zatrzymuje się dokładnie metr przed nami. Szybko wyskakuje z tuk tuka i zamaszyście wymachuje rękoma w zapraszającym geście. Dobrze odrobiliśmy już tą lekcję – nigdy nie wsiadaj do tuk tuka zanim wynegocjujesz finalną cenę.

– Chcemy dostać się na Dworzec Autobusowy. Ile kosztuje przejazd?

– 300 rupii.

– To zdecydowanie za drogo! Doskonale znamy lokalne stawki, zapłacimy 100 rupii.

– Madam, o tej porze obowiązują nocne stawki. Nikt nie zdecyduje się Was zabrać za mniej niż 300 rupii.

– Mamy czas i chętnie się sami przekonamy o tym. Thank you!

Chwilowo powątpiewamy w swoją buntowniczą postawę, bo na horyzoncie nie widać kolejnego kierowcy, a dobrze wiemy, że musimy zdążyć na autobus o 6. Wreszcie podjeżdża drugi pojazd i zatrzymuje się z piskiem opon. Rzucamy w jego kierunku krótkie „ile?” na co on odkrzykuje „300 rupii”. Oferujemy naszą stawkę decydując się spuścić trochę z tonu oferując 150 rupii. Kierowca się tylko mocniej irytuje i odjeżdża zostawiając za sobą tumany kurzu. Zostawia nas na głównej drodze, która zazwyczaj w ciągu dnia wręcz buzuje od gwaru i tłoku, a teraz sprawia wrażenie ciemnego zaułka rodem z najgorszych horrorów. Zaczynamy się trochę martwić. Za nic nie chcemy poddać się tej tuk tukowskiej cenowej zmowie, ale z drugiej strony nie możemy pozwolić sobie na niekończące się negocjacje. W końcu podjeżdża do nas kierowca i rzuca w naszą stronę krótkie: ” Zabiorę Was za 150 rupii na dworzec”. A jednak się da! Dumni z utargu pakujemy się do pojazdu i odjeżdżamy w ciemną noc tocząc się po wyboistej drodze.

5:45. Docieramy na dworzec i z pomocą kierowcy udaje nam się namierzyć autobus do Joshimath. Jesteśmy pewni obaw, bo jest to lokalny autobus, na który jesteśmy niejako skazani. Jedyna alternatywa to wynajęcie prywatnego jeepa, który może zapewniłby większy komfort jazdy, ale w żaden sposób nie skróciłby czasu w drodze. A cena to bagatela 4000 rupii. Decydujemy się na local experience.. Nieco ponad 200 km w 10 godzin po górskich, wyboistych drogach pod koniec pory monsunowej, która niesie ze sobą widmo osunięć ziemii, lawin błotnych, zakorkowania drogi i nawet ryzyko zawrócenia jeśli warunki na drodze nie będą sprzyjające. No trudno, wchodzimy w to! Szybko kupujemy bilet u kierowcy i wspinamy się do autobusu, który lata świetności ma dawno za sobą, a rozmiar siedzeń jest adekwatny może dla krasnala ogrodowego. Zaskakuje nas fakt, że pojazd dalej jest pusty mimo, że według kierowcy odjazd jest punkt szósta.

Jak bardzo naiwny jest biały człowiek. „Panii, autobus odjedzie jak się zapełni„, mruczy pod nosem kierowca pod gradem zapytań z mojej strony co do pory odjazdu. Około 7 autobus jest prawie gotowy do odjazdu.  Krótkie podsumowanie pasażerów: zmęczone życiem twarze wracające w rodzinne strony odpocząć od zgiełku miasta, zero turystów, zero młodych ludzi, z którymi moglibyśmy nawiązać nić porozumienia. W ostatnim momencie wbiega do pojazdu wbiega uśmiechnięta od ucha do ucha młoda para hindusów, na oko 23 lata i zajmuje siedzenia zaraz za nami. To jest nasza szansa! Zagaduję do nich po angielsku starając się wyciągnąć od nich informacje na temat ich podróżniczych planów mając nadzieję, że może w jakimś stopniu się pokrywają z naszymi.

-Przyjechaliśmy tu aż z Delhi i robimy sobie taki mały city break w góry. Planujemy zobaczyć Valley of Flowers, Hemkund Sahib i ostatnią hinduską wioskę Mana.

Zbieg okoliczności to mało powiedziane. Okazuje się, że mamy dokładnie ten sam plan, więc po krótkiej rozmowie postanawiamy od tego momentu podróżować razem. Nasi nowi znajomi okazują się być młodymi absolwentami medycyny i stomatologii. Im dłużej rozmawiamy, tym bardziej cieszymy się na myśl wspólnej podróży. Tematy się mnożą, i już tylko częstotliwość kiwania głową na prawo i lewo daje mi znać jak dużą sympatią darzy nas ta parka (dla niewtajemniczonych: w Indiach ten ruch głowy można interpretować wielorako: jako zapewnienie o uwadze w czasie konwersacji, potwierdzenie czy okazanie sympatii. Polecam ten filmik: YouTube). Gdy rozmowa staje się bardziej intymna, pytamy nieśmiało o interesujące nas tematy: podział społeczeństwa, aranżowane małżeństwa, politykę. Zaskakują nas, gdy otwarcie przyznają, że sami są nietypową parą: on hindus, ona muzułmanka. Poznali się na uniwersytecie, więc chociaż reprezentują podobny status w społeczeństwie, ale sami nie są pewni jak zareagują rodziny na ewentualne zamążpójście.

– Wiesz, w Indiach ogromną rolę w wybraniu partnera życiowego odgrywa rodzina. Bo tutaj chodzi o coś więcej niż Twoje szczęście, po ślubie dosłownie wżeniasz się w nową rodzinę – dziewczyna wprowadza się do domu teściów, a chłopak zazwyczaj zostaje w tym samym domu, w którym się wychował. Nie zrozum mnie źle, rzadko się zdarza, żeby rodzic zmusił Cię do zamążpójścia z kimś kogo widziałeś tylko kilka razy na oczy. Zazwyczaj wypuszcza się wici w istniejącą sieć kontaktów i szuka się kogoś kto najlepiej pasowałby do rodziny i upodobań syna/córki. I nie widzę w tym nic złego. Człowiekowi wychowanemu w kulcie indywidualizmu na Zachodzie może trudno jest to zaakceptować, ale w Indiach ważny jest pierwiastek życia w harmonii we wspólnocie rodzinnej.


Szósta godzina jazdy. Kręgosłup coraz bardziej daje o sobie znać co rusz starając się znaleźć najbardziej optymalną postawę sadowiąc się na dwóch siedzeniach rozmiaru liliput. Wyboje to stała atrakcja. Niefortunne okazuje się to, że zdecydowaliśmy się usiąść  w najgorszym miejscu – ostatnich siedzeniach autobusu. Tam, „masaż” jest najbardziej intensywny, gdy po wpadnięciu w kolejną dziurę podskakuje się wysoko aż do sufitu całkiem jakby prawo grawitacji nie istniało. Autobus zmieniamy trzy razy. Im dalej w las (ekhm góry), tym liczba pasażerów topnieje, więc w imię optymalizacji przestrzeni jesteśmy zmuszeni wpakować się do coraz mniejszych pojazdów wyglądem przypominających puszkę po konserwach. Według europejskiej perspektywy miejsca brak, chociaż co innego sądzą o tym pasażerowie. W geście solidarności wskazują na tył autobusu – przed sobą widzę sześć stłoczonych ciał, ale według miejscowych zmieści się więcej jak się trochę ściśnie kończyny. Kanapa o szerokości ramion Inspektora Gadżeta, miejsca, które przyjmie każdego strudzonego pasażera.

W końcu docieramy na miejsce. Zmęczeni znajdujemy taksówkę i docieramy do miejsca noclegu – Govindghat. Stąd już tylko będzie można udać się pieszo do malowniczej miejscowości Ghangaria, (bagatela 14 km) wokół której znajdują się Valley of Flowers i Hemkund Sahib – najwyżej położony przybytek świątynny poświęcony wyznawcom sikhizmu. Temperatura w nocy sięga piętnastu stopniom, zimno czuć w kościach. W pokoju lekko zachodzi benzyną (podobno często w tej sposób się dezynfekuje pomieszczenia), ale sen przychodzi szybko. W końcu już za kilka godzin trzeba będzie powitać dzień i wyruszyć w góry skoro świt.


Dolina Kwiatów (z ang. Valley of Flowers) jest częścią malowniczego parku narodowego Nanda Devi położonego w regionie Uttarakhand w północno-wschodnich Indiach. Ze względu na swoje trudno dostępne położenie (praktycznie przez cały rok jest pokryte grubą warstwą śniegu, wstęp do parku jest możliwy jedynie od czerwca do września), miejsce to było nikomu nieznane aż do 1931r, kiedy to zostało przypadkowo odkryte przez wspinacza wysokogórskiego Franka S. Smythe’a. Dolina jest najpiękniejsza właśnie w czasie pory monsunowej, ponieważ wtedy można zobaczyć pełny rozkwit przepięknej fauny (ponad trzysta gatunków kwiatów, niektóre z gatunków spotykane tylko tutaj na tej wysokości). Mimo tego, że we wrześniu kwiatów jest znacznie mniej to dolina dalej zachwyca swym pięknem roślinności, wodospadów, krajobrazu. Szlak jest bardzo dobrze wytyczony, nie ma potrzeby przewodnika. Cena wstępu do parku to 600 rupii.

Hemkund Sahib to jedne z najwyższych miejsc kultu sikhizmu (4632 m), które przyciąga rzesze pielgrzymów. Przyznam szczerze, że sama niewiele wiedziałam o tym stosunkowo młodym wyznaniu (zapoczątkowane około 1500r.), którego wyznawcy często myleni są z muzułmanami przez noszony na głowie kolorowy turban. Fundamentem tej religii jest wiara w dziesięciu oświeconych mężów tkz. guru, którzy wydali na świat wiele pism składających się na kodeks moralny sikhów. Jest to wspólnota silnie związana z regionem Pendżab, o którego autonomię mocno walczono w przeszłości. Sikhowie też na przestrzeni wieków byli utożsamiani z dobrze zorganizowanym oddziałem militarnym, który słynął ze skuteczności i ogromnego honoru. Khalsa, kodeks Sikhów, mówi o pięciu niepodważalnych zasadach m.in nieścinaniu brody czy włosów czy noszeniu przy sobie szabli. Relacje Sikhów z Hindusami były burzliwe, ponieważ podkreślali oni na każdym kroku swoją odrębność i chęć stworzenia własnego państwa. Niekiedy konflikt sięgał zenitu (m.in wojskowy napad na Złotą Świątynię w Armitsar w 1984r., która skończyła się mordem Sikhów, a następnie zabójstwem z zemsty premier Indii Indiry Ghandi, która miała stać za tą decyzją).

Wspinaczka na Hemkund Sahib była ogromnie wymagająca. Dystans krótki, bo tylko sześć kilometrów, ale z bardzo stromym podejściem. Dlatego nikogo nie dziwił fakt, że Ci mniej sprawni czy starsi pielgrzymi zdecydowali się na przewóz na osłach czy koniach. Mimo tego, że sama nie byłam pielgrzymem to spirytualny nastrój też mi się udzielał. Śpiewane mantry, zapierające pierś widoki, życzliwość Sikhów (nie wspomnę ile razy byłam częstowana smakołykami) umilały znój wspinaczki. Po dotarciu na szczyt powitał nas kłębiący się tłum Sikhów wokół jeziora, którzy czekali na symboliczne zanurzenie się w polodowcowej wodzie na znak błogosławieństwa. W świątyni obok zaczęło się nabożeństwo. Część pielgrzymów udało się do pobliskiej stołówki, w której serwowano każdemu ciepły posiłek. Taka zwykła gościnność mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Jak się potem okazało Sikhowie słyną z tego: niezależnie do jakiej gurudwary (świątyni) się wybierzecie na świecie to zawsze możecie liczyć na darmowy ciepły posiłek czy nocleg niezależnie od pochodzenia czy religii.


Himalaje i wiejska prowincja oczarowały mnie swoją prostotą, pięknem, życzliwością ludzi. To tam bije największe serce Indii. Na pewno jeszcze tam wrócę.


Autor zdjęć: pannazmokraglowa.pl

7524899920_IMG_06537589922960_IMG_06327589923440_IMG_05637524963424_IMG_06187526969712_IMG_06587526998320_IMG_06947527001824_IMG_03937527003072_IMG_06877527007488_IMG_06847527009840_IMG_06767589899344_IMG_06387589899968_IMG_06757589935056_IMG_05017589920896_IMG_0448IMG_91477524963088_IMG_05197527003648_IMG_05207527002064_IMG_04447527015600_IMG_04477527001824_IMG_04957589899344_IMG_0695-27589918496_IMG_04847589935056_IMG_0501IMG_95987589920896_IMG_04487589905392_IMG_0482IMG_91457589928624_IMG_05947589927376_IMG_05937524960208_IMG_06067589897568_IMG_0595IMG_9144IMG_91427589906688_IMG_0591IMG_91477589919648_IMG_06047589923440_IMG_0563IMG_9144

Autor zdjęć: pannazmokraglowa.pl