Pokhara, idylliczne zagłębie backpackerów

Pokhara. To miasto, które hipnotyzuje swym pięknem miłośników sportów wodnych typu rafting, kajakarstwa czy podniebnych atrakcji takich jak paralotniarstwo. Położona w sercu gór Annapurny nad malowniczym jeziorem Phewa Tal gości coraz więcej turystów spragnionych hipisowskiego luzu i świeżego, górskiego powietrza.


– Pokhara, madame, to idealne miejsce do odpoczynku i ucieczki przed wielkomiejskim, zakurzonym Kathmandu, bo to dokładne jego przeciwieństwo!

-Dobrze. To jak możemy się tam dostać? Jaka to jest odległość?

-To jakieś 200 km, ale moim zdaniem nie ma co tracić czasu na jazdę autobusem. Najlepiej od razu zarezerwować lot i cieszyć się urokiem przyrody.

-Pół godziny lotu za ponad 100 dolarów to raczej luksus, na który nie mogę sobie pozwolić. To jak z tym autobusem?

-Madame, żaden problem. Mam tu świetną ofertę, autobus deluxe z wliczonym posiłkiem. To jakieś 5 godzin drogi w zależności od warunków na drodze.

-Świetnie w takim razie biorę.


Siódma piętnaście rano. Stoję na krawężniku głównej, zakurzonej ulicy. Nasz przewodnik z hotelu odprowadził nas w miejsce, w którym mamy wsiąść do autobusu, który de facto spóźnia się już piętnaście minut. Okej, kwadrans studencki można jeszcze wybaczyć. Co jakiś czas podchodzi do nas policjant i mocno gestykulując wskazuje inne miejsce oczekiwania.

-Ehh, ci stróże prawa. Mam wrażenie, że codziennie obowiązują tu inne zasady ruchu drogowego. Jeszcze wczoraj przystanek był tutaj, a dzisiaj mamy się przesunąć o 100 metrów dalej. Ktoś tu chce się poczuć ważny – kwituje nasz przewodnik.

Czekamy kolejne piętnaście minut. Mój wrodzony europejski zegar bije na alarm. Ile można czekać, klnę w duchu. Cierpliwość w końcu nie jest moją mocną stroną. Po chwili z głębi zaułka wynurza się kolumna autobusów, zatrzymują się koło nas po kolei wykrzykując destynacje i szukając wzrokiem potencjalnych podróżnych.

-Pokhara?? Are you going to Pokhara? – pytam raz po raz czując coraz większe napięcie z każdym odmownym kiwnięciem głowy.

Desperacja wisi w powietrzu. Łapię wzrokiem ostatniego kierowcę i wsiadam do autobusu, który dalej jest w ruchu. Łapie on podróżnych w biegu, bo oficjalnie nie może zatrzymać się na środku drogi. Mocno trzymając się poręczy, żeby nie stracić równowagi pokazuję bilet kierowcy, a on na szczęście kiwnięciem głowy wskazuje mi miejsce w autobusie. Rozglądam się wokół i uśmiecham z przekąsem. Deluxe to chyba był dwadzieścia lat temu. Rozsiadam się na szerokim, skrzypiącym siedzeniu i ustawiam wiatraczek a la klimatyzację pod kątem, żeby choć w najmniejszym stopniu poczuć zimny podmuch powietrza.

Czuję, że ktoś mi się przygląda z ukrycia. Obok siedzi na oko osiemdziesięcioletni Nepalczyk w tradycyjnym, białym, płóciennym kostiumie i kolorowym nakryciu głowy, który powinien nosić każdy szanujący się tutaj mężczyzna. Widzę jak walczy ze sobą, żeby nie splunąć na ziemię – coś co jest głęboko zakorzenione w kulturze tego kraju. Nie pytajcie dlaczego.

Początkowo droga mija nad wyraz spokojnie. Ekhm pomijając kondycję autobusu, który jęczy przy każdym podejściu pod górę (co stanowi jakieś 60% terenu, ponieważ Kathmandu znajduje się w dolinie otoczonej górami). Patrzę przez szybę i jestem oczarowana widokiem – wspinamy się wąską, krętą drogą na szczyt góry, a wokół rozciąga się panorama szczytów himalajskich. Jest to coś co budzi jednocześnie podziw jak i niepokój, bo krawędź drogi i pobocze dzieli tylko cienki, drut kolczasty, a dalej rozciąga się głęboka przepaść. Przy każdym zakręcie kierowca autobusu traci na moment pole widzenia, więc dla bezpieczeństwa głośno trąbi, żeby uprzedzić potencjalnie nadjeżdżającego z naprzeciwka kierowcę. I wtedy ja także na moment zastygam i modlę się w duchu, żeby ten zakręt ten nie był tym ostatnim.

Autobus trzęsie na wertepach, więc naturalnie kołysze mnie do snu. Gdy się budzę, uświadamiam sobie, że stoimy w ogromnym korku. Kierowcy pojazdów żywo dyskutują, ale nie wydają się specjalnie przejęci sytuacją.

-Co się stało? Kiedy dotrzemy na miejsce?- pytam kierowcę.

-Coś się wydarzyło na drodze, ale jest to na tyle daleko, że nikt z nas nie wie co się stało. Jak dobrze pójdzie to za 2-3 godziny powinniśmy dotrzeć.


Docieramy po godzinie 17… Mój poziom frustracji zdążył się już wyczerpać podczas podróży, więc potulnie wygrzebuję się z autobusu, a następnie łapię taksówkę do hotelu.

Urok miasteczka rekompensuje nieprzyjemną podróż. Uśmiecham się i zaciągam świeżym, górskim powietrzem. To będzie dobry czas, myślę w duchu.

IMG_7935 — kopiaIMG_7938 — kopiaIMG_7936 — kopiaIMG_7927IMG_7926IMG_7931IMG_7924

 

 

5 myśli na temat “Pokhara, idylliczne zagłębie backpackerów

  1. Ci kierowcy autobusów jeżdżących po górskich drogach mają je już tak obcykane, że nie ma się co martwić – ja zawsze skupiam się na widokach 😉
    Poza tym to czy autobus spadnie w przepaść to ruska ruletka – nie da się przewidzieć ani nic z tym zrobić, a stres jest niezdrowy 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s