W drodze na Mongibello* – co kryje w sobie Etna? (Część II)

6 rano. Budzi nas dźwięk uderzanych o siebie bębnów i feeria fajerwerków. Następnie tupot stóp na korytarzu śpieszących na zewnątrz. Przewracam się na drugi bok usiłując wycisnąć chociaż trochę snu, ale los jakby droczył się ze mną, bo nie daje za wygraną. Hałas dobiegający z placu tylko się wzmaga i towarzyszy temu nucenie pieśni religijnych.

„To chyba nici ze snu”, klnę w duchu.

„Najwyraźniej jedyną słuszną decyzją będzie wynieść się z tego miasta choć na chwilę”.

Podchodzimy na recepcję, gdzie wita nas ten sam rozbrajający uśmiech.

Buongiorno ragazze! Widzę, że wstałyście w samą porę, żeby zdążyć na procesję. W czym mogę pomóc?”

„Ekhmm, tak naprawdę to chciałybyśmy się dopytać o możliwości wybrania się na wulkan Etna. Czy możesz polecić jakieś wycieczki? Lub może samodzielna wyprawa jest jak najbardziej realna?”

„Opcji jest wiele, ale w tym momencie żadna z nich nie jest pewna, bo miasto należy teraz jak wiecie do św. Agaty. Jeśli chcecie to zorganizować na własną rękę to wiem, że codziennie o 8 rano wyjeżdża publiczny autobus za 7 euro w dwie strony i wysadza Was u samych stóp Etny. Ale liczcie się z tym, że teraz panuje tam ostra zima, zwykle jakieś 10 stopni mniej niż tutaj w mieście. Dużo wygodniej byłoby z biurem podróży..”

Nie namyślając się za długo stawiamy wszystko na jedną kartę. Byleby wyrwać się z miasta, które nie daje odetchnąć, coraz bardziej przygniata ciągle napływającą masą ludzi nie tylko z Włoch, ale z innych zakątków świata. Pakujemy butelkę wody, drobny prowiant i ubrane w warstwy wyruszamy na podbój lodowej, nieprzystępnej Etny.


 

Tak naprawdę tylko od Was zależy jak zrealizujecie temat. Na Sycylii istnieje mnóstwo biur podróży, które zazwyczaj oferują dwie opcje zobaczenia wulkanu: „pół-dzienna”, w której przewidziany jest transport do Etny, lunch i przewodnik – cena bagatela ok 40 euro. Dojeżdżacie kolejką liniową na wysokość ok 2500 m.n.p.m (za którą płacicie osobno 30 euro) i tam razem z przewodnikiem eksplorujecie kilka nieczynnych kraterów. Druga całodzienna opcja (ok 60 euro) zawiera w sobie wszystkie wymienione wyżej atrakcje plus dodatkowo wynajęcie jeepa (około 30 euro) na sam szczyt wulkanu (3000 m n.p.m) i przejście do wciąż czynnego gejzeru (turyści dopuszczani są tutaj wyłącznie z przewodnikiem).

Ogółem my zdecydowałyśmy się same zorganizować sobie wycieczkę. Publiczny autobus za 7 euro w dwie strony, kolejka liniowa za 30 euro plus wspięcie się do wysokości 2700 m.n.p.m. Niektórzy wybierali opcję usportowioną – wspinaczkę na samą górę z wyłączeniem kolejki co wcale nie jest wielkim wyczynem jeśli ma się czas (około 5-6 godzin) i podstawową sprawność fizyczną.

Nieważną na jaką opcję się zdecydujecie. Wrażenia są nieziemskie! Już sam fakt, że stąpasz po wulkanie dodaje wyprawie pikanterii. W zimie wrażenia potęguje gruba warstwa śniegu i to jak paruje ziemia czy jak mieni się lód uświadamiając Ci co bije w sercu tej gorącej góry.


 

Sycylia pokazała nam swoją dobrą stronę. Tym razem dzień jest słoneczny, a niebo jasnoniebieskie. Wjazd na górę kolejką liniową daje nam dużo więcej frajdy niż byśmy się spodziewały. Przejażdżka trwa jakieś 15 min, a my zachwycamy się otaczającymi nas widokami-  zawieszone na wysokości na łaskę i niełaskę silnego wiatru kołyszemy się lekko zahipnotyzowane widokiem śnieżnego, parującego szczytu Etny.  W końcu wysiadamy i od razu czujemy tą różnicę temperatur, o której wspominał nam Włoch z hostelu.

„To nie pozostaje nam nic innego jak wspiąć się w górę. Wcale nie jest tak stromo jak myślałam”, rozglądam się wkoło rozkoszując się ciepłem promieni słonecznych, które lekko muskają policzki. Wkoło widzę scenerię jak z obrazu – czarna ziemia przykryta śnieżną peleryną na tle jasnoniebieskiego nieba tonącego w puszystych chmurach.

Zaczynamy wspinaczkę za ludźmi, bo niestety śnieg przykrył zazwyczaj dobrze wytyczony szlak. I dopiero po chwili orientujemy się, że śnieg jest tak zmarznięty, że tworzy jedną wielką ślizgającą się równię pochyłą. Dzielnie wspinamy się dalej stosując wszystkie znane nam harcerskie sposoby na wspinaczkę górską, w duchu cieszymy się z naszej przezorności i traperów, które ułatwiają zadanie. Okazuje się, że nie dla każdego porządne obuwie trekkingowe było oczywistością – mijają nas grupy Włochów, Polaków w modnych stylowych półbutach (!), adidasach, eleganckich butach na koturnie. Nie ma co się dziwić, że poddają się tuż po kilku metrach dając jeszcze radę ustawić się na tle fotogenicznej scenerii, żeby pstryknąć sobie pamiątkowe zdjęcie na Insta. Jeszcze inni mają zgoła inny plan na ten tydzień, Ubrani w kostiumy narciarskie i zaopatrzeni w sanki/jabłuszka urządzają sobie zabawę na śniegu i zjazdy po wzniesieniach. W końcu dla nich to jedyna okazja, żeby zakosztować zimy pełną gębą.

My natomiast nie ustajemy w marszu. Oczywiście z przerwą na zdjęcia, bo sceneria zapiera dech w piersiach. Telefon też jest pod wrażeniem, ale raczej tej niskiej temperatury, bo bateria coraz bardziej się uszczupla. W końcu odłączamy się od grupy, każdy i tak idzie gdzie go nogi poniosą/ześlizgną. Śnieg, po którym stąpamy jest krystalicznie czysty, nieskalany odbiciem stopy człowieka. Mimo, że panuje mróz czarna ziemia lekko paruje, rozmraża pokrywę śnieżną. Wrażenie wydaje się absurdalne, ale mimo zimna, stopy czują ciepło, które oddaje ziemia. Niebieskie niebo pokrywają puszyste obłoki, mamy wrażenie, że w nich toniemy. Panuje cisza. A w zasięgu wzroku zero człowieka. To tak jakby świat tam na dole w ogóle nie istniał i to ta potężna natura dyktowała warunki. Nagle z zadumy wyrywa nas prosty fakt. Ile czasu już tu jesteśmy? A przede wszystkim GDZIE jesteśmy? Bardzo oddaliłyśmy się od szlaku? (eufemistycznie nazwane szlakiem, bo leży głęboko pod śniegiem).

Łapie nas lekka panika. Nagle czarna ziemia wydaje się być jakby cieplejsza niż wcześniej. Śnieg coraz bardziej się topi i mieni w nienaturalnie różowym kolorze. Ale przecież stąpamy po nieczynnym kraterze! A te kolory to przecież wynik odbijającego się światła, prawda? Zaczynamy cofać się w kierunku, który uznałyśmy za ten znajomy. Po chwili orientujemy się, że okrążamy górę z innej strony.

„Pal licho! Do odjazdu autobusu mamy jeszcze jakieś 4 godziny, więc do tego czasu na pewno znajdziemy drogę powrotną lub chociaż na kogoś się natkniemy”.

Siadamy na bryle lodu i wyciągamy prowiant. Nie ma to jak lunch na Etnie.

Po chwili zza rogu wyłania się sylwetka z plecakiem. Mimo wszystko oddychamy z ulgą.


 

Dla zainteresowanych zachęcam do przeczytania części I tej historii:

O Agacie, co Rzymianina nie chciała – kilka słów o wyprawie na Sycylię (część I)

*Mongibello, inaczej piękna góra – w ten sposób lokalni mieszkańcy określają wulkan Etna

 

IMG_5925IMG_5926IMG_5927IMG_5932IMG_5937IMG_5940IMG_5942IMG_5945IMG_5947IMG_5948IMG_5957IMG_5973IMG_5975IMG_5983IMG_5997IMG_6005IMG_6025

5 myśli na temat “W drodze na Mongibello* – co kryje w sobie Etna? (Część II)

  1. Super wycieczka, ale wyspać powinno się dać, nie było tam ciężkich okiennic?
    Chociaż makariniarze są hałaśliwe! ☺
    Etna- super😊
    Ją jeszcze na studiach( WSM)byłem trochę na Islandii .kilka widziałem ale wchodzić mi się nie chciało. Zbyt zimno i nie było takich tras😆
    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s