El Camino. Ale właściwie po co mi to?

To teraz przejdźmy do sedna całego tego pomysłu. Na to, żeby uprawiać grafomanię w internetach,  nawoływać do poszukiwania siebie i pokonać pieszo 300 km w upale (celowo pogrubione, bo cały czas oswajam się z tą liczbą). A zaczęło się to tak.

Póki realizujesz scenariusz pod tytułem studia niejako siła wyższa organizuje Ci przebieg Twojego życia, przynajmniej przez te kolejne pięć lat. Jest to dość wygodne, bo mimo tego symbolicznego wejścia w dorosłość (no bo dowodzik jest, na imprezę się pójdzie, piwo kupi bez gówniarskich wybiegów) cały czas część tej odpowiedzialności za Twoje życie przejmuje Uniwerstytet, rodzice. Ale gdy ten etap dobiega końca ma się dwa wyjścia. Albo idzie się do pierwszej pracy, często takiej, która służy jako wytrych do Wielkiej Przyszłej Kariery, ale która zazwyczaj jest jak przysłowiowy (pardon my French) wrzód na dupie (bo ideał sięgnął bruku). Albo kontyunuje się pro-postudencki styl życia na garnuszku u rodziców zazwczyczaj do niekończącego się odwołania, bo przecież za najniższą krajową pracować się nie będzie.

Albo albo? Czy może jednak jest jakaś opcja C? Myślę, że zbyt wielu z nas bezrefleksyjnie podchodzi do realizowania projektu jakim jest życie. I wcale nie chodzi mi o bezmyślne wybieranie kierunków studiów tkz. bez przyszłości, ale bardziej o pewną dozę rozsądku i szacunku do siebie i czasu, który mamy do wykorzystania. Bo uważam, że jeśli naprawdę znajdziesz coś w czym się czujesz dobrze to mimo słabego lub braku dyplomu, wygrasz życie. I tak było ze mną. Przeczekałam ten moment paniki, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie wiem do końca w czym mogłabym się realizować i stwierdziłam, że zamiast rzucić się w wir pracy, która nie do końca mnie przekonywała, wolę poświęcić trochę czasu na wyciszenie, wsłuchanie się w siebie i zwyczajne zwolnienie tempa. Bo czasem ktoś napotkany przypadkowo po drodze, krótka rozmowa lub z pozoru niewinny splot okoliczności może dać takie pokłady inspiracji i dobrej energii jakiej nie znalazłbyś wklepując kolejną partię danych w Excelu. I wtedy pomyślałam właśnie o El Camino.

Camino de Santiago, inaczej droga świętego Jakuba to szlak pielgrzymkowy do katedry w Santiago de Compostela w Galicji w północno-zachodniej Hiszpanii. Jest to jeden z ważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych. Dawniej pielgrzymowanie miało przede wszystkim charakter religijny. W wiekach średnich pielgrzymowano dla umocnienia wiary, odbycia pokuty, spełnienia ślubowania, z prośbą o uzdrowienie lub w celach dziękczynnych.

Trasa Camino frances zaczyna się u podnóża Pirenejów w Saint-Jean-Pied-de-Port i prowadzi przez ponad 700 km do Santiago de Compostella. Zwyczajowo pielgrzymi nie kończą swej wędrówki w Santiago de Compostella, ale idą dalej na zachód do wybrzeża Oceanu Atlantyckiego do miejscowości Fisterra (łac. finis terrae – „koniec ziemi”).  W starożytności i średniowieczu to miejsce było uważane  za prawdziwy koniec świata i właśnie tam pielgrzymi symbolicznie palii pokutne, pielgrzymie szaty i obmywali się w wodach oceanu zostawiając za sobą dotychczasowe grzeszne życie i rozpoczynając z wiarą nowe. Stąd właśnie pochodzi najpowszechniejszy symbol Drogi św. Jakuba – muszla.

Żródło: Wikipedia

A jaka była moja motywacja? Zdecydowanie nie pobudki religijne. Traktuję to bardziej jako „ucieczkę w dzicz”, swego rodzaju medytację i wyciszenie. No i mam wielką nadzieję, że przejście 300 km to wystarczający dystans, żeby w choć najmniejszym stopniu „rozkminić swoje życie” 😉 Wyruszam na początku lipca i po powrocie mam nadzieję, że będę mogła podzielić się z Wami jeśli nie wielkimi przemyśleniami to chociaż garścią informacji praktycznych.

Camino de Santiago tak naprawdę ma kilka szlaków (także w Portugalii), więc to tylko od nas zależy który z nich mamy ochotę przejść i w jak dużym stopniu. Ja postanowiłam przejść 300 km Camino frances od miejscowości Leon do Santiago de Compostella zahaczając o „koniec świata” Fisterra.

Gdybyście chcieli poczuć klimat tej wędrówki i złapać bakcyla to polecam jeden film właśnie z El Camino w tle (o tutaj: Droga życia). Mi się niejeden raz zakręciła łezka w oku. Ale na szczęście nie jest to rodzaj tej taniej, komercyjnej dramaturgii. Polecam!

the-way

Jedna myśl na temat “El Camino. Ale właściwie po co mi to?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s