Ja, Ty czy już tylko MY? Architektura miłości.

Na życie składa się pasmo wyborów. Od tych najbardziej błahych, gdy wahamy się między spódnicą a sukienką przed wyjściem do pracy do tych, od których dostajemy wrzodów żołądka: jakie studia wybrać? W jakiej branży robić karierę? Kupić mieszkanie czy wynajmować? Mieć dzieci czy nie? Kiedy je mieć? Na szczycie tego wszystkiego jest wisienka na torcie: wybór pomiędzy poczuciem Twojej osobistej wolności i prawa do realizowania marzeń, a ukochanym Miśkiem, Kotkiem, Dziubasem.
Na początku zdaje się, że nie ma problemu: endorfiny robią swoje i skaczesz w otchłań miłości oddając swój czas, zaangażowanie, uwagę, a nowym punktem odniesienia wszechświata staje się Kotek, Misiek, Dziubas. A zaczyna się to tak. Bo kochanie i ja robimy to i to. On i Ja jedziemy tam i tu. Nie wiem czy mogę z Tobą wyjść lub tam wyjechać, bo My możemy mieć inne plany. Firma chce mnie wysłać na pół roku do Włoch na gruntowne przeszkolenie, ale Dziubas i ja nigdy jeszcze tak długo nie byliśmy ze sobą na odległość. Od dawna kiełkuje we mnie myśl, żeby wyjechać w dłuższą podróż, ale Misiek i ja mamy przecież zobowiązania, tego nie zostawia się z dnia na dzień. Nigdy nie byłam typem Idealnej Pani Domu, ale Kotek lubi mieć uporządkowany dom, więc ostatnio literatura, której żywo się oddaję to książka kucharska i magazyny „Twój dom”.

„ No dobrze: a jaka jest TWOJA pasja? O czym TY marzysz? Gdzie TY siebie widzisz za pięć lat?”. „No wiesz, Misiek i ja jeszcze o tym nie rozmawialiśmy. MY nie mamy jeszcze tak sprecyzowanych planów.”

Czy tylko ja tu się czegoś czepiam czy naprawdę zbyt często tracimy odpowiednie proporcje w związku i tego ile w tej mieszance pt. „MY” jest Ciebie i Mnie. Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę tutaj głosić żadnych feministycznych manifestów. Miłość potrafi dodawać skrzydeł i powodować to, że sięgamy po rzeczy, do których zwyczajnie zabrakłoby nam odwagi, gdyby nie wsparcie i kibicowanie partnera. Ale na Boga, nie godzę się na to, żeby w imię tej miłości palić na stosie swoje życiowe aspiracje, marzenia i to co ta zwykła intuicja podpowiada – cytując za Coelho – podążanie za własną legendą. Myślę, że niezależnie od tego ile przestrzeni potrzebujecie w związku (każdy ma inny jej poziom), należy zadbać o to, żeby zawsze mieć oprócz tej przystani MY, swój własny ogródek z indywidualnymi planami, marzeniami, pasjami. Nie dajmy się tak całkowicie „udomawiać” i podwiązywać skrzydeł. Każdy z nas jest indywidualną jednostką, która potrzebuje się rozwijać na swój sposób i w swoim tempie. I niestety nie zawsze możliwe jest realizowanie tego kurczowo trzymając się ręki partnera, bo prędzej czy później Ty lub on będziecie chcieli narzucić swoje tempo i styl marszu. I zawsze któraś strona na tym traci. A pytanie brzmi właściwie po co? Uważam, że sztuką jest nauczyć się być razem równocześnie nie rezygnując z siebie.

Zostawię Was z małym cytatem z „Alchemika”:

 „ Miłość nigdy nie staje na przeszkodzie temu kto pragnie żyć własną legendą. Jeśli tak się dzieje, znaczy to, że nie była to miłość prawdziwa”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s