Nie jestem zwycięzcą! I dobrze mi z tym.

Zewsząd otaczają nas historie sukcesu. Dwudziestolatków otwierających biznesy warte milion dolarów, artystycznych odkryć, których młodzi bohaterowie zbierają po tysiąc lajków na fejsbukach i instagramach, historii z cyklu „porzuciłem pracę w korporacji, by otworzyć swój biznes, a teraz praca to moje hobby”. Życie w świecie tak wielkich możliwości to wielka przyjemność ze względu na duży wachlarz wyboru opcji życiowych, ale z drugiej strony to wszystko zwyczajnie przytłacza. Dlaczego? Bo żyjemy w rzeczywistości, gdzie każdy musi się czymś wyróżniać, brylować talentem lub oryginalnym hobby w towarzystwie, zachwycać niecodziennym sposobem na życie. A to wywiera ogromną presję, a w niektórych przypadkach wręcz paraliżuje. Jak żyć?

Powiem szczerze, że ja też dałam się częściowo wciągnąć w ten cały targ próżności. Studia magisterskie na uczelni ekonomicznej uważanej za jedną z lepszych? Check! Kombinowanie różnych szalonych, niskobudżetowych podróży? Check! Intensywne budowanie swojego CV jeszcze na studiach? Check! Ten szalony bieg nie miał końca, bo wciąż w tyle głowy błąkała się myśl – to nie wystarczy! Stać Cię na więcej!

Nigdy nie uważałam się za kogoś kto może pochwalić się jakimiś szczególnymi talentami lub ponadprzeciętnymi umiejętnościami. Mimo kilku sukcesów zawsze musiałam się mocno na coś uprzeć i kilka razy poharatać kolana, żeby dotrzeć tam, gdzie sobie zamierzyłam. Ale wtedy sukces smakował wybornie. Wszyscy wiemy jakie to przyjemne uczucie, gdy można sobie powiedzieć: dobra stary, teraz to przeszedłeś samego siebie! Brawo!

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie pokusiła się o poruszenie tematu, który zazwyczaj chowa się do przysłowiowej szuflady, ponieważ jest to rzecz najbardziej intymna we wszechświecie. A zwie się ona PORAŻKĄ, poczuciem przegranej. Zbyt często traktuje się ją jak chorobę, z którą trzeba uporać się w samotności zanim wyjdzie się do ludzi, żeby przypadkiem kogoś nią nie zarazić. Bo my wszyscy jesteśmy wychowywani na ludzi sukcesu, nieprawdaż?

signs-416444_1280.png

A to jest gówno prawda mówiąc językiem pospólstwa. Bo tylko ta przysłowiowa przegrana, porażka wyposaża nas w taki ogrom wiedzy o nas samych, naszych możliwościach jakiej nigdy nie nauczyłby nas sukces. Lub gdy mierzymy się z porażką na polu emocjonalnym, bo znowu nie wyszło nam w związku; tego typu lekcja pozwala nam odkryć wiele o naszych potrzebach i tego czego naprawdę oczekujemy od jakiejkolwiek relacji. Więc nie dajmy sobie wmówić, że w życiu nie należy przegrywać! Powiedziałabym nie tylko nie należy, ale po prostu trzeba! Bo jedynie wtedy możemy zgromadzić doświadczenie, zwyczajną życiową mądrość, której niestety nie można nabyć ot tak zbierając kolejne laury.

Więc gdy wszystko przysłowiowo weźmie jasna cholera pamiętaj jedno: życie daje Ci cenną lekcję, zapamiętaj ją i nie oglądaj się więcej za siebie!

Zostawię Was z myślą wybitnego poety sufickiego XIII wieku:

„Don’t grieve, Anything you lose comes round in another form.”

Rumi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s